Początkowo na fotelu pucybuta zasiadali niemal tylko ci łodzianie, którzy właśnie kupili… nowe buty. Mało kto pojawiał się w ulubionym, ale podniszczonym obuwiu. Na szczęście to się zmienia, dzięki czemu pucybuci na „Pietrynie” mają coraz więcej wiernych klientów, a ich gustowne warsztaty pracy nie znikają z tej ulicy.
Ich obecność dodaje ulicy Piotrkowskiej specyficznego klimatu. Dla nich z kolei praca na tej najważniejszej dla miasta arterii jest okazją do zupełnie innego spojrzenia na Łódź i jej mieszkańców.
Wstydliwi i sentymentalni
– Po butach łodzian widać, że to miasto się starzeje – uważa Tomasz Cieślak pracujący przed Grand Hotelem. – Łodzianie noszą często zniszczone i przykurzone buty, z którymi mimo upływu czasu, nie mogą się rozstać. Jest grono klientów, którzy za nic w świecie właśnie dlatego nie usiądą na moim fotelu. Trochę ze wstydu, trochę chyba z nieśmiałości.
Pucybuci uważają, że sporo osób pojawia się u nich ze zwykłej, ludzkiej ciekawości. Pragną na własnych butach sprawdzić jak wygląda praca czyścibuta.
– Opowiadają, że pierwszy raz zobaczyli glancmajstrów za granicą i bardzo cieszy ich, że pracujemy też w Łodzi, bo tu mają odwagę, a za granicą było im jakoś nieswojo – dodaje T. Cieślak.
Niektórzy klienci zasiadają na wygodnym, pucybuckim „tronie”, bo pamiętają jeszcze, że widok człowieka czyszczącego buty był kiedyś codziennością na polskich ulicach. Są to klienci starej daty czyli „sentymentalni”.
– Tych z racji wieku jest jednak najmniej. Szkoda, bo są najbardziej uprzejmą grupą klientów. Umieją docenić i szanują naszą pracę – przyznają zgodnie pucybuci.
Każdy but ma swój czas
Zdaniem pucybutów klientów można podzielić nie tylko na „ciekawskich” i „sentymentalnych”. Jeśli zastosować kryterium pory dnia, okaże się, że ich rodzajów jest znacznie więcej.
– Od godz. 10 do 13 mamy klientów „studenckich” – mówi Tomek. – To młodzi ludzie, którzy najczęściej chodzą w sportowych, wygodnych butach i raczej nie dadzą zaprosić się na fotel.
Od godz. 13 do 15 na „Pietrynie” pojawiają się panie, które wyskoczyły z pracy na zakupy lub przekąsić co nieco. To godziny „lanczowe”.
– Takie kobiety też raczej trudno namówić na czyszczenie, bo do pracy poszły w czystych butach – mówią pucybuci. – Jeśli zaprosimy je na fotel, obrażą się, bo pomyślą, że mają brudne buty.
Między godz. 15 a 16 jest czas dla biznesmenów. Właśnie wtedy odbywają się zawodowe spotkania, a kawiarnie powoli zapełniają się bogatymi posiadaczami drogich butów.
– Na ekskluzywnych klientów trzeba mieć sposób – mówi Tomasz Cieślak. – Koniecznie trzeba ich zagadnąć, zaciekawić i przyhamować, bo chodzą bardzo szybko i nie mają czasu. Mają za to dobrej jakości buty ze skóry, przy których jest sporo frajdy i przyzwoity napiwek.
Około godz. 17 zaczynają królować zakochane pary. Wtedy „tron” jest miejscem romantycznych pogawędek. Młodzi ludzie trochę dla rozrywki, trochę dla odmiany proszą o wyczyszczenie butów. I tak do wieczora.
– Po godz. 20 klientów jest jak na lekarstwo – dodaje glancmajster. – Ci, którzy skończyli pracę, już dawno są w domu, a ci, którzy wyszli poszaleć, jeszcze nie wyszli z pubów i knajp.
– Mam kilku stałych klientów, którzy po prostu lubią, gdy ktoś czyści im buty – mówi pucybut. – Na przykład pan Janek, właścicel prywatnej firmy, przychodzi codziennie i codziennie w innych butach. Tłumaczy, że ma tyle spraw na głowie, że na pastowanie po prostu brakuje mu czasu. Jest też jego kolega, który przychodzi do mnie zawsze w… czystych butach, bo po prostu lubi być elegancki. Siedzenie w fotelu wykorzystuje natomiast na miłą pogawędkę i traktuje jako formę sympatycznego spędzenia czasu. Bo tak naprawdę pucybut musi być dla klienta jak psycholog. Wysłuchać, doradzić i nierzadko poprawić nastrój.
Autor artykułu: Agnieszka Gospodarczyk