Archive for March, 2001

Lider na kolanach

Saturday, March 31st, 2001

Widzew – Wisła 3:0 (2:0)
1:0 – Zając (18), 2:0 – Tarachulski (32), 3:0 – Kaczmarczyk (56, z rzutu wolnego).
Czerwone kartki: Kałużny (Wisła, druga żółta), Bogusz (Widzew, druga żółta).
Żółte kartki: Niciński, Kałużny, Baszczyński, Kelechi, Moskal (Wisła), Bogusz (Widzew).
Sędziował: Mirosław Ryszka (Warszawa).
Widzów: 5 tys.

NOTY W RANKINGU ZŁOTE BUTY „EXPRESSU ILUSTROWANEGO”

Widzew: Olszewski -6 – Jop -7, Urbaniak -7, Bogusz -0, Szymczyk -6 – Zając -8, Wyciszkiewicz -7 (65, Stasiak -2), Kaczmarczyk -9 (79, Krygier -1), Michalczuk -6 – Tarachulski -7 (90, Janeczko), Dembiński -9.
Wisła: Szczęsny – Baszczyński, Moskal, Kałużny, Kulawik (43, Szymkowiak) – Pater (71, Sosin), Niciński, Czerwiec (46, Kelechi), Żurawski – Moskalewicz, Frankowski.

Krakowska Wisła przyjechała na widzewski stadion pod wodzą Oresta Lenczyka, który nie tak dawno był szkoleniowcem Widzewa. Mirosław Szymkowiak, który w przerwie zimowej przeniósł się do Krakowa, usiadł na ławce rezerwowych, a na boisku w zespole Wisły pojawili się Maciej Szczęsny i Ryszard Czerwiec, którzy również mają za sobą występy w łódzkim zespole. W widzewskim zespole zabrakło nawet na ławce rezerwowych, przesuniętych do rezerw Rafała Pawlaka, Sławomira Guli i Macieja Stolarczyka, a z opaską kapitana zagrał pierwszy raz Marcin Zając.

Od początku spotkania lekką przewagę posiadali goście. Widzewiacy byli jakby w cieniu, ale szybko zaczęli grać z większym rozmachem. W 14 min. wchodzący w pole karne Bartosz Tarachulski mocno strzelił w kierunku bramki Wisły. Wydawało się, że Szczęsny będzie miał kłopoty z obroną uderzenia, ale piłka trafiła w rękę stojącego przed nim Nicińskiego. Sędzia spotkania nawet nie zamierzał przerwać gry.

W 18 min. gry łodzianie objęli prowadzenie. Rafał Kaczmarczyk znakomicie posłał prostopadłą piłkę do Marcina Zająca, który uwolnił się spod opieki pilnującego go Żurawskiego. Pomocnik Widzewa spojrzał jeszcze na środek pola karnego i gdy bramkarz Wisły spodziewał się dośrodkowania, mocno strzelił w krótki róg bramki. Zaskoczony Szczęsny przepuścił piłkę pod lewą ręką.

Po stracie gola Wisła przeprowadziła kilka ataków, ale nie były one skuteczne. Łodzianie atakowali za to z kontry, które były znacznie bardziej niebezpieczne od akcji krakowskich piłkarzy. W 27 min. gry przed doskonałą szansą na strzelenie gola stanął Zbigniew Wyciszkiewicz, ale zwlekał ze strzałem i w rezultacie stracił piłkę.

W 32 min. zbyt lekkie podanie Jacka Dembińskiego nie pozwoliło wyjść na czystą pozycję Danielowi Boguszowi i spóźniony strzał widzewiaka bez trudu złapał Szczęsny.

Jeszcze w tej samej minucie zespół trenera Marka Koniarka prowadził 2:0. Do dalekiego wybicia Szymczyka z własnej połowy wyszedł z bramki Maciej Szczęsny, ale znakomicie zagrał Bartosz Tarachulski. Uprzedził bramkarza Wisły i z linii pola karnego głową skierował piłkę do krakowskiej bramki. Próbował zatrzymać piłkę Kulawik, ale nie zdążył i na trybunach po raz drugi zapanowała wielka radość.

Do końca pierwszej części meczu wynik nie uległ zmianie, a widzewiacy nadal groźnie atakowali. W dobrej pozycji ponownie był Daniel Bogusz, ale jego strzał zatrzymał się na nogach obrońcy Wisły.

Druga połowa rozpoczęła się od wyrównanej, zaciętej gry w środku pola. W 54 min. gry reprezentant Polski Radosław Kałużny zwlekał z wybiciem piłki i stracił ją na korzyść Andrzeja Michalczuka. Wiślak sfaulował pomocnika Widzewa i otrzymał żółtą kartkę. Za chwilę zobaczył czerwoną, bo nie potrafił zapanować nad emocjami i wdał się w nerwową dyskusję z sędzią spotkania. Spokój zachował natomiast Rafał Kaczmarczyk, który bezpośrednio z rzutu wolnego z 16 m umieścił piłkę w samym okienku bramki Macieja Szczęsnego. Trzeci gol widzewiaków wydawał się przesądzać losy pojedynku.

Od 59 min. meczu obie drużyny grały w dziesiątkę. Czerwony kartonik otrzymał od sędziego Daniel Bogusz za ostre wejście ciałem w Macieja Żurawskiego. Zdaniem wielu obserwatorów nie był to faul złośliwy łódzkiego obrońcy, a sędzia raczej chciał wyrównać siły zespołów.

Piłkarze mieli zatem więcej miejsca na boisku, ale obraz gry się przez to nie zmienił. Obie drużyny z pasją atakowały na zmianę bramki swoich rywali, chcąc zmienić wynik meczu. W 77 min. gry potężną „bombą” popisał się obrońca Wisły Baszczyński, na szczęście dla Widzewa piłka trafiła w poprzeczkę bramki Sławomira Olszewskiego.

Mimo wysokiego prowadzenia zawodnicy trenera Marka Koniarka nie rezygnowali ze strzelenia kolejnego gola. W 84 min. meczu nie zdołał dobrze przyjąć piłki Jacek Dembiński, a był już sam na sam z Maciejem Szczęsnym. Cztery minuty później w podobnej sytuacji znalazł się Marcin Zając. „Położył” bramkarza Wisły, ale kopnął piłkę zbyt lekko i zatrzymał ją tuż przed bramką Niciński.

Do końca spotkania wynik jednak się nie zmienił. Wisła nie strzeliła gola w meczu po raz pierwszy od 31 spotkań.

Trener Orest Lenczyk po meczu powiedział, że widzewiakom wychodziło po prostu wszystko. „To był szczęśliwy dzień dla graczy Widzewa, nawet jak wybijali piłkę na oślep okazywało się, że trafiała ona znów do widzewiaka” – stwierdził Orest Lenczyk.

Autor artykułu: mm

Wyrodna matka prawomocnie skazana

Saturday, March 31st, 2001

Wstrząsająca sprawa o dręczenie dzieci przez matkę, 35-letnią Elżbietę K. znalazła się wczoraj na wokandzie Sądu Okręgowego w Łodzi, który nie zmienił wyroku wydanego 26 października zeszłego roku przez sąd I instancji.

A brzmiał on – 2 lata więzienia z warunkowym zawieszeniem na 5 lat. Wyrok jest prawomocny. Procesowym stronom pozostał tylko wniosek o kasację do Sądu Najwyższego.

Rodzinna tragedia rozegrała się 10 grudnia 1998 roku w jednej z kamienic na Bałutach. Odebrał sobie tu życie 13-letni syn oskarżonej. Prowadzone w tej sprawie śledztwo ujawniło, że matka biła synów (młodszy miał wtedy 9 lat), pozostawiała ich bez opieki i pożywienia nawet na kilka dni. W grudniowy dzień starszy syn powiesił się. Tragedię odkrył dziadek, który tego dnia odwiedził wnuków. Lekarze nie mogli już pomóc chłopcu.

- Proces nie potwierdził związku przyczynowego między znęcaniem się i samobójstwem – mówił sędzia, który rozpatrywał tę smutną sprawę.

Elżbieta K. samotnie wychowywała synów. Ojciec związany z inną kobietą nie przerwał ich dramatu, który trwał dwa lata.
Z uwagi na okoliczności sprawy proces w obydwu instancjach toczył się przy drzwiach zamkniętych.

Autor artykułu: st

Pierwsi nauczyciele dyplomowani

Saturday, March 31st, 2001

Pierwsza grupa dyrektorów szkół otrzymała już nominacje na nauczycieli dyplomowanych. Uroczyste wręczenie dyplomów odbyło się w Urzędzie Wojewody Łódzkiego.

Komisje działające przy kuratorze oświaty przyznały najwyższe stopnie awansu zawodowego 34 dyrektorom kierującym przedszkolami, szkołami podstawowymi, gimnazjami, placówkami szkolnictwa ponadpodstawowego, poradniami psychologicznymi oraz ośrodkami doskonalenia nauczycieli.
Nominacje otrzymali:

Janusz Bąk (XXI LO w Łodzi), Ignacja Buda (ZSZ nr 2 w Sieradzu), Halina Cygan (SP w Chodnowie gmina Biała Rawska), Marek Cygora (Gimnazjum nr 4 w Piotrkowie Trybunalskim), Waldemar Domarańczyk (ODN w Piotrkowie), Jerzy Jadczyk (SP w Bąkowej Górze), Teresa Janicka-Panek (ODN w Skierniewicach), Adam Jarząbek (SP nr 11 w Bełchatowie), Jan Kałuża (ZSP w Bełchatowie), Wiesław Kociniak (ZSP w Kamieńsku), Józef Kolat (ZSM nr 5 w Łodzi), Aleksander Książczak (SP w Woli Krzysztoporskiej), Beata Lewandowska (PM nr 221 w Łodzi), Jadwiga Łukowska (SP nr 1 w Tomaszowie Mazowieckim), Jadwiga Maciejewska (PPP nr 5 w Łodzi), Tadeusz Markiewicz (ZSO w Bełchatowie), Teresa Mazerant-Puto (ZSE w Radomsku), Maria Michalak (ZSS nr 3 w Bełchatowie), Bożena Miłosz (PM nr 65 w Łodzi), Małgorzata Olejnik (Gimnazjum nr 37 w Łodzi), Aleksandra Pierzchała (SP nr 5 w Łodzi), Jerzy Pokutycki (ZSP w Piotrkowie), Jerzy Prokopowicz (ZSEE w Radomsku), Janusz Rześniowiecki (ZSO nr 5 w Łodzi), Julian Saktura (ZS nr 8 w Tomaszowie Maz.), Jadwiga Spałka (ZS-G w Kodrębie), Małgorzata Staciwa (PM nr 137 w Łodzi), Krystyna Stępczyńska (ZSZ nr 1 w Bełchatowie), Elżbieta Szarapa (PPP nr 1 w Piotrkowie), Bogdan Szulc (ZSR CKU w Wolborzu), Irena Wachecka PS nr 26 w Piotrkowie), Kazimierz Walczak (ZSH nr 2 w Łodzi), Henryk Zasępa LO w Łowiczu) i Sławomir Żegota (ZSP w Tomaszowie).

Wojewoda Michał Kasiński gratulował i życzył nauczycielom dyplomowanym, żeby w kierowanych przez nich placówkach i w całej oświacie, mimo trudności, następowały zmiany na lepsze.

Autor artykułu: hal

Trwają przesłuchania oskarżonych

Wednesday, March 28th, 2001

We wznowionym wczoraj procesie o udział w związku przestępczym „ośmiornicy” i wielomilionowe wyłudzenia w tej grupie uprawiane, sąd nadal przesłuchuje oskarżonych.

Wczoraj przyszła kolej na 47-letniego Andrzeja M. Oskarżony jest z zawodu ślusarzem mechanikiem, przed aresztowaniem był współwłaścicielem spółki „Marabud”. Według oskarżenia – on wraz z Tadeuszem M. i Mariuszem K. po zabójstwie „Grubego Irka” utworzyli związek przestępczy i nim kierowali.

- Nie potwierdzam prokuratorskich zarzutów – powiedział Andrzej M.. – Nie organizowałem żadnej przestępczej grupy i nie brałem udziału w opisanych w akcie oskarżenia zarzutach.

Oskarżony nie chciał składać wyjaśnień, zapewnił jednak sąd, że będzie mówić po złożeniu zeznań przez świadka koronnego, Marka B. – Od dwóch lat siedzę w więzieniu i nie mam kontaktu z moją rodziną – ubolewał. – Moim nieszczęściem jest to, że pożyczyłem „Rudemu” – taką ksywę nosi Marek B. – 50 tysięcy dolarów – dodał.

W śledztwie oskarżony też niewiele mówił, wspomniał jednak, że pożyczył Markowi B. 5 tysięcy złotych. – Skąd ta różnica? spytał sędzia oskarżonego. – Bałem się wtedy urzędu skarbowego – odpowiedział. – Teraz też się boję, ale chcę ponieść ewentualne konsekwencje – dodał.

35-letni Igor K., z zawodu krawiec, z przeszłością kryminalną także nie przyznał się do winy. Oskarżony miał zasiąść na ławie obok ojca, który umarł w szpitalu więziennym przed rozpoczęciem procesu. Ich dom w Ksawerowie był siedzibą firmy „Rob-Pol”, która według prokuratury – stanowiła szyld dla przestępczych interesów.
Igor K. również odmówił składania wyjaśnień.

Do przesłuchania pozostało jeszcze kilku oskarżonych z szesnastu zasiadających na ławie. Jeśli nie zajdą nieprzewidziane przeszkody złożą oni wyjaśnienia do końca tygodnia. W następnym – rozpoczną się zeznania świadków. Jest ich 146. Ich listę otwiera świadek koronny. Sędzia Marek Chmiela, który przewodniczy składowi orzekającemu ustalił, że zacznie on składać zeznania dopiero po wakacjach.

Autor artykułu: st

Z mrugającym oczkiem

Wednesday, March 28th, 2001

Stwórz siebie – zacznij od dzisiaj
Przypominamy – już w najbliższy piątek pod patronatem „Expressu” rusza wiosenna zabawa Galerii Centrum. Zapraszamy panie do spróbowania swoich sił w roli modelek i stylistek. 30 marca od godz. 14 aż do zamknięcia Galerii przy ul. Piotrkowskiej 98 czeka na Was fotograf. (more…)

Antoni Ptak: „Trzeba pomóc ŁKS”

Wednesday, March 28th, 2001

Pisząc artykuł o Antonim Ptaku pt. „W złości samochodem rozwaliłem szklarnię” użyłem sformułowania, że ma rezydencje w Niemczech, Francji i USA. Okazało się, że nie było to najtrafniejsze określenie. Owszem były właściciel ŁKS rezyduje często w tych krajach, ale korzysta z hoteli oraz wynajmowanych mieszkań.

Wszystko wskazuje na to, że biznesmen ze Rzgowa nie stracił całkowicie sympatii do piłkarskiej drużyny ŁKS i nie jest mu obojętna przyszłość futbolowej sekcji w klubie z al. Unii.

Antoni Ptak podkreślił, że w najbliższym czasie przyjedzie do Polski i dokładnie przyjrzy się łódzkiej drużynie.

- Co to oznacza? – spytaliśmy biznesmena

- Spotkam się z trenerami i działaczami. Będzie okazja porozmawiać o przyszłości drużyny.

- Czy rozmowy coś dadzą?

- Pozwolą na wyciągnięcie pewnych wniosków, które powinny przyczynić się do utrzymania zespołu w drugiej lidze. Nie można przecież dopuścić, aby tak zasłużony dla polskiego futbolu zespół spadł do niższej klasy rozgrywkowej.

- Jakie zamierzacie wykonać ruchy?

- Jak na razie nie odbyło się żadne spotkanie i mówię o przyszłości i pewnych planach. Do ich realizacji jest jeszcze daleka droga. Być może uda się wzmocnić drużynę?

- Przecież okres transferów jest już zamknięty?

- Myślę o zdolnych piłkarzach z niższych lig…

- Kibice mogą się obawiać, że skończy się na deklaracjach…

- Myślę, że jeśli wszystkim zależeć będzie na tym samym, to wówczas powinniśmy znaleźć odpowiednią drogę. Choć nie działam już czynnie w futbolu, to pewien sentyment do ŁKS pozostał.

Autor artykułu: hof

Wybrał sesję zamiast kolegium

Saturday, March 24th, 2001

Orzeczenie – za miesiąc…
Bałuckie Kolegium do spraw Wykroczeń odroczyło po raz kolejny wydanie orzeczenia w sprawie Zbigniewa Domżała, łódzkiego radnego z AWS. Radny nie stawił się przed oblicze kolegium.

- Obwiniony powiadomił nas wcześniej, że w tym samym czasie będzie uczestniczył w sesji rady miejskiej – powiedział nam pracownik bałuckiego kolegium. – Wydanie orzeczenia musieliśmy więc odroczyć.

Kolegium przesłuchało jednak 25-letnią Ludmiłę G. – obywatelę Kazachstanu. Według kontrolerów kobieta pracowała w szkole radnego „na czarno” od 4 do 19 września ubiegłego roku roku, a do jej zadań należała m.in. obsługa sekretariatu i opieka nad dziećmi. Za dwa tygodnie pracy otrzymała od radnego 200 złotych na rękę.

Przed kolegium Ludmiła G. zaprzeczyła jakoby pracowała u radnego, mimo że zaraz po zatrzymaniu (na terenie szkoły), mówiła co innego i przyznała się, że otrzymała od Domżała pieniądze na utrzymanie. Potwierdził to również radny, który tłumaczył, że 200 zł dał kobiecie na życie, a nie za wykonaną pracę.

Ludmile G. zgoda na pobyt czasowy w Polsce skończyła się 2 lutego. Czy będzie przedłużona zadecyduje wojewoda. Radnemu natomiast za zatrudnianie „na czarno” grozi kara grzywny od 20 zł do 5 tys. zł.

Autor artykułu: (ćma)

Były prezes i miliony

Saturday, March 24th, 2001

Pieniądze Funduszu Ochrony Środowiska znów pod lupą prokuratury
Prokuratura Okręgowa w Łodzi zbada podejrzane inwestycje WFOŚiGW w latach 1999-2000. Rada nadzorcza funduszu wystąpiła do niej z wnioskiem o wyjaśnienie, czy decyzje i działania ówczesnego prezesa nie spowodowały strat finansowych.

- Doniesienie złożyliśmy po informacji zasięgniętej od zarządu funduszu – powiedział nam Leszek Maliński. – Głównie chodzi tu o działania kapitałowe, inicjowane przez byłego prezesa funduszu, które odbywały się bez wiedzy rady nadzorczej, a które mogą narazić fundusz na znaczne straty.
Sprawa dotyczy kilku inicjatyw w które fundusz zaangażował znaczne pieniądze bez wymaganych zabezpieczeń. Głównie chodzi tu o zainwestowanie 24 mln zł w weksle częstochowskiej firmy i 13 mln zł w obligacje firmy z Katowic.

W pierwszym przypadku minął już termin zwrotu 10 mln zł, ale pieniądze do funduszu nie wpłynęły, a w drugim termin wykupienia co prawda jeszcze nie minął, ale zabezpieczenie w tym wypadku również pozostawia wiele do życzenia.

Obecny prezes funduszu Stefan Mierzejek złożył do sądu pozew przeciwko częstochowskiej firmie o zwrot 10 mln zł (termin wpłaty kolejnych 14 mln zł upływa pod koniec marca)
- Doniesienie złożyliśmy także do prokuratury, gdyż mamy uzasadnione podejrzenia, że częstochowska firma, która ma kłopoty finansowe niezgodnie z prawem, uciekając przed wierzycielami wyprowadziła swój majątek do innych spółek – powiedział nam Mierzejek.

W obu przypadkach podpisy na umowach składał ówczesny prezes funduszu, Marek Kubiak oraz jeden z członków zarządu. Teraz członkowie zarządu tłumaczą się, że nie wiedzieli co podpisują.

Poza tym w latach 1999 i 2000 fundusz udzielił także dwóch pożyczek po 5 mln zł firmom powiązanym z „królem żelatyny” Kazimierzem G. (toczy się w tej sprawie osobne śledztwo), zaangażował 2 mln zł w Ekologiczne Towarzystwo Leasingowe „Eko-Pomoc” SA., dokapitalizował kwotą 5 mln zł Agencję Poszanowania Energii SA. i przekazał kolejne 5 mln zł tomaszowskim zakładom odzieżowym „Pilica”, by ratować je przed upadkiem. Wszystkie te inwestycje albo niewiele mają wspólnego z działalnością statutową, albo nie zostały należycie zabezpieczone.

Leszek Maliński szef rady (również w latach 1999-2000), która powinna spełniać nadzór nad działalnością zarządu funduszu nie czuje się winny. Twierdzi, że zarząd był kontrolowany w miarę możliwości, a inicjatywy byłego prezesa były tak sprytnie przeprowadzane, że nawet NIK, który dwukrotnie w roku ubiegłym kontrolował fundusz nic nie wykrył.

Kilka dni temu marszałek województwa Mieczysław Teodorczyk zwrócił się do instytucji (Sejmik Województwa Łódzkiego, Ministerstwo Ochrony Środowiska, Wojewoda Łódzki, Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i organizacje ekologiczne) delegujących członków do rady nadzorczej o ich zmianę. Na razie jedynie sejmik, który decyduje o pięciu członkach rady zgodził się na zmiany. Pozostali, którzy mają po jednym przedstawicielu w radzie jeszcze się nie wypowiedzieli.

Śledztwo prowadzone przez poleską prokuraturę w sprawie zakupu przez WFOŚiGW akcji Banku Częstochowa SA. znajduje się już na finiszu. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że lada moment były prezes funduszu będzie miał przedstawione zarzuty. Rozważane są dwa: przekroczenia uprawnień i działanie na szkodę interesu publicznego (grozi za to do 3 lat więzienia) lub nadużycie uprawnień i narażenie funduszu na znaczną szkodę majątkową (od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności).

Marek Kubiak został odwołany ze stanowiska prezesa funduszu w lutym tego roku, ale nie rozwiązano z nim umowy o pracę, gdyż przebywa na zwolnieniu lekarskim.

Autor artykułu: (ćma)

Po drugiej stronie kamery

Saturday, March 24th, 2001

Reporter “Expressu Ilustrowanego” za kulisami programu “Big Brother”
Wielkiego Brata przezywają Buddą, na Alicję mówią “Pocahontas”, na Janusza “Dzięcioł”, na Piotrka Gulczyńskiego czasem krzykną “Gula”, zwykle jednak o mieszkańcach domu Wielkiego Brata realizatorzy obrazu i dźwięku mówią po imieniu lub nazwisku. Tak jest prościej, gdy trzeba równocześnie śledzić obraz, zapisywać kolejne “streamy” i podsłuchiwać rozmowy.

Reporterka “Expressu Ilustrowanego” otrzymała specjalną wejściówkę do studia, w którym powstaje telewizyjna wersja programu “Big Brother. Wielki Brat”. Niewiele osób przekracza granicę tego pomieszczenia. Zanim ktokolwiek odpowie na pytanie pracownicy dokładnie sprawdzają co i o czym mogą powiedzieć.

Życie na gorąco
Słupek rtęci w studio nagraniowym nie pokazuje więcej niż 15 stopni. W niewielkim pomieszczeniu panuje przejmujący chłód. Cała ekipa ubrana jest w ciepłe swetry i bluzy z polaru. Patrycja – (jedna z grona trzech redaktorów zwanego potocznie Olimpem, bo oni decydują które fragmenty są najciekawsze, które sceny warto pokazać w telewizji) pracuje w wełnianych rękawiczkach z obciętymi palcami. W studio trzeba mieć oczy “wokół głowy” i być o krok przed mieszkańcami. Wrogiem realizatorów jest niewiedza o tym co zrobią mieszkańcy, jaki będzie ich następny krok, gdzie schowała się Manuela, a gdzie jest teraz Piotrek Lato? Podniesione głosy, przekleństwa, przeszukiwanie każdego zakamarka domu za pomocą kamer. Niczym w szpiegowskim filmie, chwilami wydaje się, że ścigany się wymknął, że przechytrzył kamery, ale nie one już go mają! Słychać z ulgą wypuszczane z płuc powietrze, lekki śmiech i dalej do roboty. – Musimy mieć ich wszystkich cały czas “na oku”. Nie tylko dlatego, że taka jest idea programu, ale przede wszystkim po to by nic się nikomu nie stało – mówi Krzysztof Kotowski, redaktor z “Olimpu”. W pomieszczeniu obok przez cały czas czuwa pielęgniarka, lekarz jest pod telefonem, dwa razy dziennie przychodzi do studia i podgląda uczestników by sprawdzić czy wszystko z nimi w porządku. Podobnie z psychologiem. Dwóch specjalistów na zmianę czuwa przez całą dobę.

Bez scenariusza, ale z pomysłem
Życie w domu Wielkiego Brata nie jest reżyserowane. Jedyne momenty ingerencji w życie mieszkańców to te, gdy otrzymują oni kolejne zadania. Jak je wykonają zależy od ich własnej inwencji. – Oczywiście ten żywioł jest w pewnym sensie kontrolowany. Czasem robimy im pobudkę, wydzielamy ciepłą wodę, nagradzamy ich. Nie mówimy jednak co mają mówić, jak stanąć, kiedy wybuchnąć śmiechem – tłumaczą realizatorzy. – Decydujemy tylko o tym, które sceny wejdą na antenę i to wszystko. Zachowanie najpierw dwunastki, a teraz jedenastki osób zaskakują i bawią. – Bardzo często równocześnie dzieją się dwie interesujące sceny. Błyskawicznie trzeba decydować na której się koncentrujemy. Dla pewności rejestrujemy i opisujemy obie – mówi Patrycja Hanczakowska. Tak było, gdy na podwórku Janusz rąbał drzewo na opał. Przez dłuższy czas zmagał się z ogromnym, drewnianym balem, który w żaden sposób nie chciał się rozłupać. Mimo ciężaru niezmordowany mężczyzna wywijał nim i próbował pokonać. Bez skutku. Realizatorzy zaczęli się obawiać, że kloc upadnie Januszowi na nogę lub ten zrani się siekierą. Problem zniknął, gdy… złamał się trzonek siekiery. W tym samym czasie Grzegorz – Wielki Amant zabawiał dziewczęta. Jedną ręką masował udo Małgorzaty, drugą (schowaną za oparcie sofy) pieścił dłoń Karoliny. W studio na głównych ekranach te dwie sceny szły równocześnie – Zaskakują mnie swoją kreatywnością, sposobem bycia, luzem. Tego nie było w innych krajach – komentuje Mike Morley, dyrektor generalny Endemol – Neovision, producenta programu “Big Brother”. – To niesamowite ile oni mają pomysłów, a to dopiero trzy tygodnie zabawy! Ja w ciągu dwóch lat tyle nie przeżyłem.

Świat według Wielkiego Brata
Realizatorzy pracują przez całą dobę. 200 osób podzielonych jest na zespoły, które zmieniają się co osiem godzin. Na ekranie obserwują życie bez tajemnic: jak mieszkańcy robią siku, jak biorą prysznic, w jaki sposób próbują się ukryć przed okiem kamery (Karolina zmieniając bluzkę klęka przed łóżkiem i chowa się za materacem). Po trzech tygodniach nie zwracają uwagi na fizjologiczne aspekty życia. – Jesteśmy dziennikarzami i dla nas nie ma tematów tabu. Jednocześnie musimy wziąć pod uwagę przyzwyczajenia telewidzów i kierować się pewną estetyką widowiska. Nie wszystko przecież nadaje się do telewizji – powiedział Adam Szepczyński, redaktor. Przez trzy tygodnie realizatorzy zdążyli się zżyć z bohaterami programu do tego stopnia, że nawet po powrocie do domu zasiadają przed telewizorami i oglądają to co wcześniej sami rejestrowali. – Traktuję ich jak znajomych, którzy nie wiedzą o moim istnieniu. Znam ich doskonale i często o nich myślę. Denerwuję się kolejnymi nominacjami i tym kto opuści program. Już teraz zdaję sobie sprawę, że gdy pokażemy ostatni odcinek to trudno nam będzie wrócić do rzeczywistości – mówi Patrycja Hanczakowska. – To trochę dziwne, bo wcześniej sceptycznie byłam nastawiona do programu. Bardzo wiele osób spośród ekipy realizatorskiej przyznaje się do tego, że program wydawał im się głupi i pozbawiony większych wartości, ale praca to praca, którą trzeba wykonać. Po trzech tygodniach ich poglądy zmieniły się o 180 stopni. – Gdy nie pracuję, a jest program na żywo to denerwuję się, że mnie tu nie ma, że nie widzę tego od kulis, że jestem skazana na telewizor. To jest pewien rodzaj uzależnienia. Prawdopodobnie nam tu pracującym równie trudno będzie się rozstać jak mieszkańcom domu Wielkiego Brata – komentuje Patrycja. Wydarzenia z domu Wielkiego Brata emitowane są w telewizji z 24 godzinnym poślizgiem. To wynik technicznych możliwości telewizji. Setki kilometrów taśm wideo i kilkaset megabajtów pamięci na CD romach to materiał z jednej doby. Pierwsza selekcja materiału odbywa się w trakcie nagrywania, drugą zajmuje się tzw. line producer, czyli osoba decydująca o tym co znajdzie się w telewizji. – Zaczynamy około drugiej w nocy, a kończymy tuż przed 20.00. Tyle trwa zgranie dwóch 40 minutowych programów – tłumaczą montażyści.

Tuż za ścianą
Główne studio rejestrujące program znajduje się tuż za ścianą domu Wielkiego Brata. Mieszkańcy nie zdają sobie sprawy, że o kilka metrów od nich są żywi ludzie. Nie słyszą, gdy Wielki Brat podkłada w konfensjonale kolejne koperty z zadaniami i gdy dostarcza produkty do spiżarni. Aby jednak nie kusić losu wszystkie drzwi wyjściowe są specjalnie zabezpieczone i połączone ze studiem specjalnymi domofonami. Domownicy naciskają dzwonek, a Wielki Brat przyciskiem otwiera drzwi. Również realizatorzy zamknięci są w czterech ścianach studia. Drzwi do normalnego świata otwierają specjalne zakodowane karty magnetyczne.

Autor artykułu: A. Jedlińska

Sparing z SMS

Wednesday, March 21st, 2001

Co słychać w ŁKS?
W najbliższą niedzielę, o godz.15.30, piłkarze ŁKS grać będą o II – ligowe punkty z Ceramiką Opoczno, na wyjeżdzie. Dla ełkaesiaków, broniącym się przed spadkiem do klasy niższej, każdy mecz ma ogromne znaczenie i dlatego chcą być jak najlepiej do nich przygotowani.

W związku z tym na dziś, godz.15.30, został zaplanowany sparing II – ligowców z al. Unii z pierwszą drużyną juniorów SMS. Nie wezmą w nim udziału Brazylijczyk Julcimar i Marcin Krysiński, którzy mają pewne kłopoty zdrowotne. Zabraknie także trzech utalentowanych juniorów – Pawła Golańskiego, Adriana Napierały i Roberta Sieranta, którzy powołani zostali na mecz eliminacyjny mistrzostw Europy reprezentacji Polski z Anglią.

- Dzisiejszy mecz będzie również swego rodzaju generalnym sprawdzianem dla Artura Błażejewskiego, który, jak wiadomo, wyraził gotowość gry w naszym klubie – mówi dyr. techniczny ŁKS Janusz Matusiak.

Autor artykułu: (m. st.)